Focus letterario/ Fokus literacki: Emanuele Martinuzzi "Gli elementi del miracolo" / Emanuele Martinuzzi "Elementy cudu"





Komentarz i przekład z języka włoskiego Izabella Teresa Kostka.

Commento e traduzione in lingua polacca Izabella Teresa Kostka.

***

La sensibilità poetica di Emanuele Martinuzzi mi regala sempre esperienze di straordinaria profondità, poiché racchiude in sé tanto l'emozione quanto una nobile sobrietà, riflessioni universali e un'intima, personale introspezione. È un universo nel quale il poeta mette a nudo il proprio dolore senza gridare per attirare l'attenzione, ma ci rivela le inquietudini del "miracolo del nostro cammino" da una prospettiva equilibrata, armoniosa e profondamente personale. "Gli elementi del miracolo" di Emanuele Martinuzzi è una silloge sorprendentemente lontana da tutto ciò che, nella vita, possa apparire miracoloso. Il miracolo viene invece percepito come la vita stessa: un'esistenza intrisa di elementi contrastanti, in continua metamorfosi, in costante cammino tra gioia e tristezza, amore e solitudine, vita e caducità del tempo. In copertina possiamo ammirare l'opera "Alma, anima alla ricerca del miracoloso" del maestro Mimmo Paladino, che accresce ulteriormente il valore e lil prestigio della pubblicazione.

Il punto centrale della sequenza di dodici poesie qui presentate è una coscienza profondamente malinconica, che fa della mancanza e dell'assenza la propria materia lirica privilegiata. Si susseguono simboli universali: l’amore, il ricordo, la giovinezza e il senso stesso dell’esistenza.  Questi vengono continuamente evocati in un movimento fluido e ondeggiante, che costituisce il respiro più autentico della poesia di Emanuele Martinuzzi. È una scrittura che dipinge con raffinata sensibilità uno spazio interiore sospeso tra infanzia e morte, presenza e assenza, speranza e rassegnazione. In questa sottile dimensione di confine essa trova la sua nota più personale, spoglia di ogni eccesso, trasformando l’esperienza della fine in una forma di contemplazione. Nei versi si dispiega un universo elegiaco e spirituale, in cui la fragilità umana non viene superata, ma accolta con umiltà come una delle sue più profonde manifestazioni di bellezza. Il ciclo delle dodici poesie procede attraverso una continua metamorfosi degli elementi naturali (vento, pietra, boschi, ruderi, torrenti, luna, neve, fiori), che assumono una funzione quasi metafisica. Ogni cosa custodisce una domanda, una possibile forma dell’essere, mentre il lessico, denso e quasi visionario, privilegia il continuo andirivieni di immagini sorprendenti, dando vita a componimenti che non cercano una descrizione fedele del mondo reale, bensì la sua trasfigurazione.

È una scrittura matura e consapevole, lontana dagli esperimenti stilistici concepiti per attirare l’attenzione del lettore in modo artificiale. Anzi, parafrasando le parole dello stesso autore, è una liturgia di versi in continua contemplazione del miracolo della vita che, non essendosi mai arrestato, prosegue come il moto delle maree nell’infinito ondeggiare del tempo, dei sentimenti e delle emozioni.

Izabella Teresa Kostka, giugno 2026

*

Wrażliwość poetycka Emanuele Martinuzzi'ego dostarcza mi zawsze wyjątkowo w głębokich przeżyć, gdyż zawiera ona w sobie zarówno emocje jak i szlachetną powściągliwość, refleksje uniwersalne i intymną, osobistą introspekcję. To świat, w którym poeta obnaża ból, ale nie krzyczy, by zwrócić na siebie uwagę, lecz ukazuje nam rozterki "cudu naszej podróży" ze zrównoważonej, harmonijnej, choć bardzo osobistej płaszczyzny.  "Elementy cudu” Emanuela Martinuzziego to tomik poetycki zaskakująco odległy od wszystkiego, co w życiu mogłoby wydawać się cudowne. Cud zostaje tu bowiem ukazany jako samo życie czyli egzystencja przeniknięta przeciwstawnymi żywiołami, nieustannie podlegająca przemianom i pozostająca w ciągłym ruchu między radością a smutkiem, miłością a samotnością, życiem a przemijalnością czasu. Okładkę zdobi dzieło "Alma, dusza w poszukiwaniu tego, co cudowne” autorstwa mistrza Mimma Paladina, które nadaje publikacji jeszcze większą wartość i prestiż.

Punktem centralnym dwunastu prezentowanych tu wierszy jest głęboko melancholijna świadomość, czyniąca z braku i nieobecności swoją uprzywilejowaną materię liryczną. Powracają w nich symbole uniwersalne: miłość, pamięć, młodość oraz sam sens istnienia. Są one nieustannie przywoływane w płynnym, falującym ruchu, który stanowi najautentyczniejszy oddech poezji Emanuela Martinuzziego. Jest to pisarstwo kreślące z wyrafinowaną wrażliwością wewnętrzną przestrzeń zawieszoną między dzieciństwem a śmiercią, obecnością a nieobecnością, nadzieją a rezygnacją. W tej subtelnej strefie pogranicza odnajduje ono swój najbardziej osobisty ton, wolny od wszelkiego nadmiaru, przekształcając doświadczenie kresu w formę kontemplacji. W wierszach rozpościera się elegijny i duchowy wszechświat, w którym ludzka kruchość nie zostaje przezwyciężona, lecz przyjęta z pokorą jako jeden z najgłębszych przejawów piękna. Cykl dwunastu utworów rozwija się poprzez nieustanną metamorfozę elementów natury (wiatru, kamienia, lasów, ruin, potoków, księżyca, śniegu i kwiatów), które nabierają niemal metafizycznej funkcji. Każda rzecz skrywa pytanie, możliwą formę istnienia, podczas gdy gęsty, niemal wizjonerski język faworyzuje  nieustanny przepływ zaskakujących obrazów, tworząc wiersze, które nie dążą do wiernego opisu świata, lecz do jego poetyckiej transfiguracji.

Jest to twórczość dojrzała i świadoma, daleka od eksperymentów stylistycznych mających w sztuczny sposób przyciągnąć uwagę czytelnika. Przeciwnie, parafrazując słowa samego autora, stanowi ona liturgię wersów nieustannie kontemplujących cud życia, który, nigdy się nie zatrzymując, trwa niczym ruch przypływów i odpływów w nieskończonym falowaniu czasu, uczuć i emocji.

Izabella Teresa Kostka, czerwiec 2026

***

C’È UNA NUBE SFILACCIATA 

C’è una nube sfilacciata dal vento 

che sembra un salto dall’infanzia alla morte, 

qualcosa vi è intrappolato senza nome, 

forse la mia più intima idea della luce, 

forse il nostro incedere di figure anonime. 

Lascio che le ferite delle cose 

mi ascoltino svanire nel loro vaniloquio, 

senza un punto fermo in cui divincolarsi, 

senza una nota più lunga a cui aggrapparsi, 

notte atroce di grigi silenzi la mia voce, 

orecchio senza udito la periferia che sono. 

Vorrei ancora scrivere di te, astro 

di bianca pelle in cui tramontavo 

come una giovinezza rossa di fiori 

e mattoni, penombra che mi abbracciava 

con la pietà del candore, argento 

il corpo estraneo che mi masticava 

nel più cieco supplizio di affetto. 

Ho amato di un amore che non conosce, 

ho sofferto di un’idiozia che nega la sua saggezza, 

me ne rendo conto solo ora in questo mai, 

con l’inerzia di un sasso senza valore 

a cui gli elementi del miracolo 

hanno illuso ogni chimica del senso. 

Mi mancate, care creature effimere, 

che un tempo eravate il mio tutto.

*

ISTNIEJE POSZARPANA CHMURA

Istnieje poszarpana przez wiatr chmura,

przypominająca skok z dzieciństwa ku śmierci,

coś zostało w niej uwięzione bez imienia,

może moja najbardziej intymna idea światła,

może wędrówka anonimowych postaci.

Pozwalam, by rany rzeczy

słuchały, jak ginę w ich pustosłowiu,

bez stałego punktu, z którego można się wyplątać,

bez jednej dłuższej nuty, której można się uchwycić,

okrutna noc szarej ciszy mój głos,

przedmieście, którym jestem, ucho pozbawione słuchu.

Chciałbym jeszcze pisać o tobie, gwiazdo

o białej skórze, w której zachodziłem

jak młodość czerwona od kwiatów

i cegieł, półmrok, który mnie obejmował

z litością bieli, srebro 

obce ciało, które mnie przeżuwało

w najślepszej męce czułości.

Kochałem miłością, która nie wie,

cierpiałem na głupotę zaprzeczającą własnej mądrości,

uświadamiam to sobie dopiero teraz, w tym nigdy,

z bezwładnością kamienia bez wartości,

któremu żywioły cudem

wmówiły całą chemię sensu.

Brakuje mi was, drogie efemeryczne istoty,

które byłyście, niegdyś, moim wszystkim.

***

IL FULGORE DI LATTE 

Il fulgore di latte dei borghi 

nell’appennino mi ammanta 

in una tenerezza senza tempo. 

Dei suoi boschi sgrammaticati 

sotto la rugiada non resta che 

i miei ricordi, appassiti in petali. 

Un giubilo di ombre attende l’arsenico 

cadere negli interrogativi della solitudine. 

Questa grazia maledetta, 

che chiamavo vivere, 

si traduce e nasconde 

come una foglia astratta 

genuflessa al cadere. 

Non so più cosa piove quando piove, 

le fronde si frastagliano 

come denudate da un respiro immoto 

per accogliere qualcosa vicino al mistero. 

A volte si agita un breve momento, 

in cui cielo e terra 

divaricano il mio piccolo desertico 

animo, ciò basta alla rassegnazione 

della cima per lacrimare 

un’estate di neve.

*

MLECZNY BLASK

Mleczny blask miasteczek

w Apeninach otula mnie

czułością poza czasem.

Z ich niegramatycznych lasów

pod rosą pozostają już tylko

me wspomnienia o zwiędłych płatkach.

Jubileusz cieni czeka, aż arszenik

dostanie się w pytania samotności.

Ta przeklęta łaska,

którą zwałem życiem,

przekłada się i ukrywa

jak abstrakcyjny liść,

klęczący przez spadanie.

Nie wiem już, co pada, gdy pada deszcz,

korony drzew strzępią się,

jakby obnażone przez nieruchomy oddech,

by przyjąć coś bliskiego tajemnicy.

Czasem ożywa się krótka chwila,

w której niebo i ziemia

rozwierają mą małą, pustynną

duszę; to wystarcza, by pogodzony z życiem szczyt 

zapłakał

śnieżnym latem.

***

MARMO CHE MORMORI 

Marmo che mormori di forme future, 

dove schegge e sudore hanno 

sete di infinito, ti libereranno 

dal tuo Eden primitivo 

per imprigionarti in un frutto, 

che ha l’amaro sapore del concetto.

*

MARMURZE, KTÓRY SZEPCZESZ

Marmurze, który szepczesz o przyszłych kształtach,

w których odłamki i pot

pragną nieskończoności, wyzwolą cię

z twego pierwotnego Edenu,

by uwięzić cię w owocu,

który ma gorzki smak wiedzy.

***

PARLA IL TORRENTE

 

Parla il torrente, travolge, dall’eco 

di una civiltà che si arrende 

a ciò che è semplice germoglio. 

I tronchi della faggeta, anneriti 

nell’omelia naturale di un ultimo 

alito di fede, assolvono la cattedrale 

del cielo in mille sguardi e pochi azzurri. 

Simbolo di una patria morente 

il sole si lascia cullare nelle schegge, 

nate di foglia in foglia. 

Mi rendo conto di essere 

non altro che un sogno, 

assopito nel muto rumore 

di una domanda ingiallita. 

Una cascata di rami laggiù, 

che non hanno vissuto 

se non il peso dell’essenza.

*

PRZEMAWIA GÓRSKI POTOK

Przemawia górski potok, porywa, echem

cywilizacji, która poddaje się

temu, co jest zwykłym kiełkiem.

Pnie bukowego lasu, sczerniałe

w naturalnej homilii ostatniego

tchnienia wiary, rozgrzeszają niebiańską katedrę

tysiącem spojrzeń i garścią błękitów.

Symbol umierającej ojczyzny,

słońce daje się ukołysać drzazgom,

zrodzonym z liścia na liść.

Uświadamiam sobie, że jestem

niczym więcej niż snem,

uśpionym w niemym szumie

pożółkłego pytania.

Wodospadem gałęzi tam w dole,

które nie zaznały życia

poza esencjalnym ciężarem. 

***

UN ANEMONE 

Un anemone in riva al lago, 

sottile come la vacuità 

e la differenza del mio cuore 

con l’abisso di un’increspatura, 

mi chiama a vestirmi di meraviglia. 

Tesori nascosti in esuli 

gorghi, giunti in un abbraccio 

col silenzio, inseguono le attese 

estive, a cui la vita mai risponde. 

Tutto mi assorbe nel suono 

della sua immobilità, 

niente luccica al di là 

di un tramonto di brezza.

*

ZAWILEC

Zawilec nad brzegiem jeziora,

delikatny jak pustka

i różnica między mym sercem

a otchłanią zmarszczek na wodzie,

woła mnie, bym przyodział się zachwytem.

Ukryte skarby w wygnańczych

wirach, zespolone w uścisku

z milczeniem, ścigają letnie

oczekiwania, na które życie nigdy nie odpowiada.

Wszystko pochłania mnie dźwiękiem

jego bezruchu,

nic nie lśni poza

zmierzchem utkanym z bryzy.

***

UN RUDERE FIAMMEGGIANTE 

Un rudere fiammeggiante 

di fronde e loquace di venti 

sepolti attende ancora di vivere. 

Spinto da piante rampicanti 

nell’orbita del sole sbilenco 

ne imita il canto della nascita. 

Nella placenta della quiete 

immemore si interra con tutti 

i suoi viaggi di sogno. 

Non ammette a sé stesso 

gli incontri che ne hanno graffiato 

le mura fino a renderle cicatrici. 

Non sa di essere morto 

e per questo spera, dai suoi 

vuoti anfratti, un racconto. 

Non sa di essere vivo 

e per questo ricorda la luna, 

addormentata sulla sua sagoma.

*

PŁONĄCA RUINA

Płonąca ruina,

rozżarzona listowiem i gadatliwa

od pogrzebanych wiatrów, nadal czeka, by żyć.

Popychana przez pnącza,

na orbicie krzywego słońca

naśladuje pieśń jego narodzin.

W łożysku niepamiętnego

spokoju grzebie się wraz ze wszystkimi

podróżami ze snu.

Nie przyznaje się przed sobą

do spotkań, które drapiąc 

jej mury, stały się bliznami.

Nie wie, że umarła

i dlatego z pustych

wnęk wyczekuje opowieści.

Nie wie, że żyje

i dlatego pamięta księżyc,

uśpiony na jej zarysie.

***

L’ATMOSFERA DI QUESTA MEZZANOTTE 

L’atmosfera di questa mezzanotte 

assomiglia a un bacio astratto 

tra la geografia del ricordo 

e la simbiosi del tempo con l’ombra. 

Poche lucciole si disperdono 

in un campo di attese dove biforcano 

rugginosi sentieri per raggrinzire 

nell’incanto di una sospensione. 

Ho così tanto odiato la vita 

da non accettarne il transitorio, 

stoffe scucite i venti dopo l’acquata. 

Ho così tanto amato la vita 

da non fuggirne l’insensatezza, 

spighe di grano l’abbraccio col nulla.

*

ATMOSFERA TEJ PÓŁNOCY

Atmosfera tej północy

przypomina abstrakcyjny pocałunek

między geografią wspomnienia

a symbiozą czasu z cieniem.

Kilka świetlików rozprasza się

na polu oczekiwań, gdzie rozwidlają się

zardzewiałe ścieżki, by pomarszczyć się

w czarze zawieszenia.

Tak bardzo nienawidziłem życia,

że nie potrafiłem przyjąć jego przemijalności,

wiatru po ulewie jak rozprutej tkaniny.

Tak bardzo kochałem życie,

że nie uciekałem przed jego bezsensem,

kłosy pszenicy objęcia z nicością.

***

IL VENTO NEL VENTO 

Il vento nel vento soffia 

una memoria senza sole. 

Arcipelaghi di tremore 

gli incontri mancati, 

con cui attenuare 

la tenerezza della sera. 

Il mio tramonto non sembra 

soltanto una metafora del freddo 

che arriva per svanire, 

intonando amori di ferro 

profanati dalla nebbia. 

La mia alba non sembrerà 

soltanto un assioma di luce, 

che fugge per cristallizzarsi 

e fare di ogni nudità 

un colloquio tra crepe.

*

WIATR NA WIETRZE

Wiatr na wietrze niesie

pamięć bez słońca.

Archipelagi drżenia 

niespełnione spotkania,

którymi można ukoić

czułość wieczoru.

Mój zachód słońca nie wydaje się

jedynie metaforą chłodu,

który nadchodzi, by zniknąć,

intonując żelazne miłości 

zbezczeszczone przez mgłę.

Mój świt nie będzie wydawał się 

jedynie aksjomatem światła,

co ucieka, by skrystalizować się

i uczynić z każdej nagości

debatę między pęknięciami.

***

UN PO’ DI LUNA E DI TERRA 

Un po’ di luna e di terra risolve la brezza 

in uno scrigno di memorie future, 

dove le armature dei pini incrinano 

la loro molle suggestione, una tenebra 

affranta di non essere che un ramo. 

Si radica il freddo con la tenacia 

del vuoto prima che lo scroscio abbozzi 

la fine di un qualcosa, senza corpo, 

sul crinale che trascina l’oro del sole 

giù, in un secolo andato in malinconia. 

Un piccolo geranio, martoriato e rotto 

nei significati, dispensa la sua povertà 

silenziosa in salme di profumo, nemico 

al levare che scorre, una nota di serenità 

indugia dove la rugiada si fa marea.

*

ODROBINA KSIĘŻYCA I ZIEMI

Odrobina księżyca i ziemi przemienia bryzę

w szkatułę przyszłych wspomnień,

gdzie pękają pancerze sosen,

odsłaniając miękką sugestię ciemność

zrozpaczoną, iż jest tylko gałęzią.

Chłód zapuszcza z uporem korzenie 

w pustce, zanim ulewa naszkicuje

koniec niecielesnego czegoś

na grani, ciągnącej złoto słońca

w dół, ku stuleciu pogrążonemu w melancholii.

Mała pelargonia, udręczona i rozbita

w znaczeniach, rozdaje swe ciche

ubóstwo w resztkach zapachu, nieprzyjaznego upływającemu 

wschodowi; nuta pogody ducha

zwleka tam, gdzie rosa staje się przypływem.

***

HO PROSCIUGATO I TERRITORI 

Ho prosciugato i territori di un petalo 

inebriandone i confini con odori 

di tempesta e ravvivando la sua fede 

in gocce e nostalgia. 

Amore e morte sono la stessa liturgia 

di un chiuso bocciolo 

che lascia il posto 

all’invisibile fiore.

*

OSUSZYŁEM POŁACIE PŁATKA

Osuszyłem połacie płatka,

upajając ich granice woniami

burzy i rozniecając jego wiarę

kroplami i tęsknotą.

Miłość i śmierć są tą samą liturgią

zamkniętego pąka,

ustępującego miejsca

niewidzialnemu kwiatowi.

***

C’È COME UN SOGNO 

C’è come un sogno frastagliato 

a costeggiare l’inaffidabile 

bianchezza della luna, 

un’amicizia ingenua tra l’abisso 

che non muta e una solinga 

nuvola che dilegua balbettando. 

Ogni cosa gettata, oltre 

il nulla delle ombre, 

è un amore che non rinuncia 

a tramutarsi in vento 

per carezzare un’ultima volta 

il reale affidato al firmamento.

*

TO JAKBY SEN

To jakby poszarpany sen,

biegnący wzdłuż niepewnej

bieli księżyca,

naiwna przyjaźń między otchłanią,

która się nie zmienia, a samotną

chmurą, znikającą jąkliwym szeptem.

Każda rzecz rzucona poza

nicość cieni

jest miłością, która nie wyrzeka się

przemiany w wiatr,

by pogłaskać po raz ostatni

rzeczywistość powierzoną firmamentowi.

***

TI HO ATTESA

 

Ti ho attesa con la sofferta purezza 

del dicibile e sei giunta quando il graffio, 

che era diventato l’esistenza, non credeva 

più se non all’essere malinconico della pioggia. 

Ti ho attesa con la pienezza 

di una mancanza, non ti volevo eppure 

ogni istante senza te era cicatrice, 

l’astratta pantomima di un teatro senza amore. 

Ti ho attesa senza darti un nome né una forma, 

eri già qui nelle gioie impercettibili che sorridono 

di evanescenza, il tuo corpo è il paesaggio irriflesso 

di quello che è stato e sarà il mio futuro. 

Ti ho attesa come l’alba interpreta il suo sole, 

anche se non venivi eri già nei cavilli 

miracolosi dei miei giorni, la tua assenza 

di girasole è per sempre simbolo d’un fiorire.

*

CZEKAŁEM NA CIEBIE


Czekałem na ciebie z cierpiącą czystością

tego, co można wypowiedzieć, i przyszłaś, gdy zadra,

która stała się istnieniem, nie wierzyła już

w nic poza melancholijną istotą deszczu.

Czekałem na ciebie w apogeum

braku, nie chciałem cię, a jednak

każda chwila pozbawiona ciebie była blizną,

abstrakcyjną pantomimą teatru bez miłości.

Czekałem na ciebie, nie nadając ci imienia ani kształtu,

byłaś tutaj, w zaledwie dostrzegalnych radościach uśmiechających się

przemijalnością, twe ciało jest nieodbitym pejzażem

tego, czym była i będzie ma przyszłość.

Czekałem na ciebie tak, jak świt odczytuje swe słońce;

nawet gdy nie nadchodziłaś, istniałaś już w cudownych

zawiłościach mych dni, twa słonecznikowa

absencja zostanie na zawsze symbolem rozkwitu.


***



Commenti